Ja

No to tak. Dawno, dawno temu, ale to tak bardzo dawno, gdy byłem jeszcze taki mały - w sumie niewiele się zmieniło - to na dole w szafie taty na górnej półce było coś. A że wtedy byłem taki mały, że aby zrobić siku - już wtedy dawałem radę sam - to musiałem brać taboret, żeby zaświecić światło w w łazience, to ta górna półka była bardzo wysoko. Taboret nie pomagał. No ale z czasem trochę urosłem i sięgnąłem! Tam na górze leżał w bardzo-skóro-pachnącym futerale już dawno nie używany FED. Czyli ruski klon praktiki, aparat nie do zdarcia - tak zaczyna się moja przygoda z fotografią.

Coś tam się dało nim zrobić, jednak w związku z faktem, że były to zamierzchłe czasy pełne octu w sklepach i sucharów z samochodów wojskowych, pomysł zostania fotografem musiał poczekać lat kilka.

Nastała podstawówka - był Bielówa, szczęśliwy posiadacz pewnie zenita i wtedy powstały pierwsze świadome zdjęcia. Choć jeszcze nie wiedziałem co to ciemnia, koreks i nieprzespane noce w oparach foto chemii, to już wtedy to co zrobiliśmy trafiło na jakieś czarno-białe formaty pół pocztówki. Jednak to jeszcze nie było to. Jeszcze chwila musiała minąć.

Nadeszło ELO. I gdzieś w podziemiach pod basenem jakaś pracownia fotograficzna, która jakoś nigdy nie była po drodze. I Jurek Kopeczek, człowiek którego mogę dziś nazwać impulsem mojego foto zamiłowania. W końcu gdzieś koło III klasy trafiłem na zajęcia kółka fotograficznego. No i się zaczęło! Do dziś pamiętam napięcie, jakie towarzyszyło wywoływaniu pierwszej kliszy, pojawieniu się obrazu na białej kartce zanurzonej w jakimś płynie. Miałem to szczęście, że nie urodziłem się chwilę później i zdążyłem skosztować fotografii przed epoką cyfry.

Kolejny etap to ciemnia w domu. Walczenie z pająkami, wilgocią, zimnem, swojskie wino, noce z Berbeckim, ruskie klisze, ruski papier, cała kasa na chemię kupowaną w optyku, suszenie na ruskich suszarkach, rozstawianie zdjęć po całym domu... To były czasy! I wszędzie z aparatem. Fed leżał dalej na górnej półce, która już nie była taka górna, ja stawałem się szczęśliwym posiadaczem zenita 12xp, 122, wymarzonej minolty 7000, pierwszej cyfrówki - hybrydy minolty a1. Minollta się popsuła, więc zły na system zmieniłem system:) Nastał czas canona, który jako, że nie robił do końca tak ostrych zdjęć jakie chciałem musiał zrobić miejsce nielubianemu nikonowi. Poszły się !#@#@$ tysiące, obiektywy, lampy, no ale w końcu było ostro.

Powoli hobby łączyło się z pracą, wymyśliłem sobie Światowida, studio na Rozwadowskiej, pierwsze wesela, studniówki, zdjęcia klasowe, tabla, sesje zdjęciowe,  z czasem strony internetowe, projekty graficzne. To była prawdziwa duma spacerować po mieście i widzieć bilbordy z moimi zdjęciami! Na słupach plakaty mojego projektu, w internecie setki wędrujących zdjęć mojego autorstwa.

I tak mi minęło pół życia związanego z fotografią. W domu segregatory z setkami klisz w koszulkach, kompy wypełnione po brzegi zdjęciami, szafki, które otwierając muszę łapać przedziwne gadżety związane z fotografią. Tysiące wydarzeń, ludzi, miejsc utrwalonych na papierze i w plikach. Dziś każdy jest fotografem, każdy ma aparat, wszyscy fotografują wszystko. I pewnie robią ciekawsze i bardziej oryginalne zdjęcia niż te, którymi ja tu próbuję się chwalić. Być może, lecz to ja jestem tym szczęściarzem znającym na pamięć zapach wywoływacza i utrwalacza, miałem to szczęście, że robienie zdjęcia nie sprowadzało się do kodakowskiego ty naciśnij, my zrobimy resztę, gdyż zenit kazał zrozumieć obskurne kamery, migawki, różne dziurki w obiektywie. I na szczęście - w odróżnieniu od rzemieślików, fotografów, fotografików, artystów i jeszcze jak ich można nazywać - nie muszę żyć ze zdjęć. Dzięki temu wciąż lubię, to co w tej dziedzinie robię. I nie zapowiada się, abym lubić to przestał. A, że przy okazji powstaje trochę komerchy, heh, kolejny raz staję się posiadaczem nowego, niezwykle ważnego i bardzo potrzebnego obiektywu, bez którego nie wiem jak potrafiłem się do tej pory obejść:)

A FED mojego taty to jeden z ważniejszych skarbów jakie posiadam:)